Kruszynka nie przepada za głaskaniem, można ją co najwyżej wziąć na ręce, ale trzymać można tylko obróconą w stronę lewego ramienia. Wtedy siedzi tak sobie z błogą minką nawet kilka minut. Trzeba wtedy stać albo chodzić, bo przy każdej próbie siadania Kruszynka jest oburzona i natychmiast chce iść. Jak ma dość trzymania na rękach to bezceremonialnie odpycha się nogą, albo „wywiesza” się przez rękę w kierunku podłogi. Kruszynka mruczy bardzo rzadko.
Warkotka natomiast lubi tarmoszenie. Im bardziej ją sponiewieram, tym bardziej jest zadowolona. Mam nawet na Warkota taki specjalny chwyt: porywam ją na ręce brzuszkiem do góry, chwytam jedną ręką za przednie łapki, drugą za tylne i ryzykując wybite oko, tudzież krwawą szramę przez środek twarzy robię głośny „gryz” w sam środek warkociego brzuszka. Czasem porwany Warkot warczy. Muszę się przyznać, że zdarza mi się wykorzystać to do wykonania kotem piosenki – wystarczy troszkę pohuśtać, żeby warczenie pięknie się zmodulowało w jakąś melodię. Może i jest to małe nadużycie, ale do nikogo Warkotka tak nie gna jak do mnie i nikomu tak jak mnie nie mruczy w odpowiedzi na tarmoszenie. Więc może nie jest to jednak aż takie nadużycie.
Pewnego razu idę sobie przez pokój i widzę maszerującego dziarsko w tą samą stronę Warkota. Niewiele myśląc zgarniam ją z podłogi i okrutnie czochram. Nagle mój wzrok spotyka okrąglutkie zielone oczka i z przerażeniem orientuję się, że trzymam Kruszynkę. Na widok mojej miny Kruszynka zaczyna mruczeć. To był chyba odpowiednik kociego: he, he, he, ale cię nabrałam. Stałam jak słup soli, a Kruszynka mruczała, mruczała i mruczała.
Warkotka. Jawna prowokacja.
