Sezon na koty w pełni. W zaułkach, na podwórkach i w ogłoszeniach pojawia się mnóstwo małych kotów, którymi nie ma się kto zaopiekować.
W poprzednim sezonie trafił do nas Pączek. Wszystko przemawiało przeciwko temu, żeby u nas zamieszkał. Przede wszystkim mieszkamy w samym centrum miasta, gdzie nie ma warunków do wychodzenia dla kota. Mamy tylko 2 pokoje, a poza tym rzadko bywaliśmy w domu (Kruszynka i Warkotka mieszkają u moich rodziców). Teraz już bywamy często, bo Pączek zrewolucjonizował nam tryb życia.
Pojawił się nagle razem z dwójką rodzeństwa na podwórku biurowca, w którym pracuje Igor. W przeciwieństwie do dwóch pozostałych kotków, Pączek był zakatarzony, niesamodzielny, wychudzony i ciągle miauczący.
Po krótkiej szamotaninie z opieką na zmiany (wraz z fotoreporterem pewnej gazety z tego samego biurowca – chwała mu!) i próbami dokarmiania Pączka, którego kocia mama już nie chciała karmić, okazało się, że Pączek po prostu musi trafić do nas. Fotoreporter miał krwiożerczego psa.
Z katarem poszło łatwo choć nie szybko, gorzej było z jedzeniem. Za nic nie chciał jeść z miseczki, chociaż wypróbowaliśmy wszystkie możliwe rodzaje jedzenia. Bardzo chętnie jadł za to z butelki. Najchętniej co kilka godzin, w nocy też. Domagał się tego głośnym miauczeniem i trzeba było zrywać się i robić miksturę z mleka w proszku dla kociąt. Albo pakować do butelki zupę ze słoika dla niemowlaków (w desperacji wymyśliliśmy, że właśnie tym można go karmić).
Mały Pączek układał się do snu zawsze w zagłębieniu czyjejś szyi. Był środek lata i rozgrzany gorączką do czerwoności kot parzył jak żelazko. Byliśmy jednak tak wykończeni ciągłym wstawaniem, że i tak zasypialiśmy od razu, aż do kolejnej pobudki.
Pewnego dnia Pączek wreszcie dał się skusić na kocie chrupki (czyli suchą karmę). Przestał się też wpychać na szyję i wieczorami zaczął się lokować między dwoma poduszkami. Codziennie wieczorem z zapartym tchem oczekiwaliśmy aż okaże się na czyjej poduszce spocznie przednia część Pączka, a na której ta druga.
Dzisiaj Pączek jest wielkim pięciokilowym kocurem i o trudnych początkach przypomina tylko jeden zwyczaj – ssanie łapki. Jak tylko się przytuli, zaczyna mruczeć i ssać łapkę głośno i ciapiąco.


