Nie lubię tego słowa. Wykreślam je z książeczek zdrowia wszystkich kotów i poprawiam innych kiedy go używają. A jeszcze bardziej nie lubię określenia pan/pani psa czy kota. Z tych określeń wyłania się jakaś naprawdę ohydna relacja podporządkowania czy posiadania, w każdym razie coś, co mnie na pewno z kotami nie łączy i nie chciałabym żeby łączyło mnie z kimkolwiek. Coś co zakłada przedmiotowe, a nie podmiotowe traktowanie drugiej strony.
Obojętne czy język determinuje sposób myślenia, czy go tylko odzwierciedla, mówienie i myślenie o sobie jako o właścicielu nie wróży niczego dobrego ani dla nas ani dla kota. Bardziej odpowiada mi uznanie autonomii zwierzęcia – nieporównywalnej z niczym inności (w rozumieniu Levinasa), bez ustawiania człowieka jako punktu odniesienia.
Drażni mnie, kiedy w komunikacji ze zwierzętami próbuje się narzucić określony język (tresura, o zgrozo!), zamiast starać się wyjść w pół drogi i osiągnąć porozumienie zamiast posłuszeństwa. Uświadomienie sobie jak bardzo jesteśmy “werbalni” i jaki ubogi mamy zasób innych środków komunikacji (czyżby tylko głaskanie i bicie?) jest ciekawym doświadczeniem.
Wracając do paskudnych słówek na w i na p, ja zastępuję je słowami opiekun i opiekunka. Jestem z kotami na ty i jeśli ktokolwiek mówi do kota po imieniu też jest z nim na ty. “Tykanie” kota przy jednoczesnym mówieniu o sobie w trzeciej osobie i jeszcze w formie pan/pani uważam za chamstwo czystej wody. Poza tym, możemy być pewni, że koty mówią nam po imieniu i oby to było dobre imię.


Naprawdę to zdjęcie jest oczarowujące!!! Prawdziwy król koci z Pączka:)